środa, 12 sierpnia 2009

Eklektyczna muzyka elektroniczna - Audioriver 2009, Płock



Wolnych noclegów w mieście nie było od miesięcy. Organizatorzy zatroszczyli się o pole namiotowe, a to zapełniło się w 200 proc. Mimo poważnej konkurencji pod postacią Off Festivalu (see post below) Audioriver 2009 przyciągnął 12 tysięcy fanów grubej elektroniki. Do Płocka zewsząd blisko!

Impreza na nadwiślańskiej plaży z eklektyczną muzyką elektroniczną ma już sześcioletnią tradycję. Zainaugurował ją pamiętny Astigmatic, pierwsze wydarzenie tego typu w kraju. Edycja z 2005 r., przeprowadzona już pod kuratelą innych osób, nazywała się mało fortunnie: FeMEV – Festiwal Muzyki Elektroniczne i Wizualizacji. Od trzech lat wydarzenie znamy jako Audioriver. Tegoroczna edycja przejdzie do historii jako superudana.

Równolegle działały cztery sceny. Główna ustawiona pod niebem na plaży, dwie duże pod dużymi namiotami i jedna mała pod małym namiotem – z krajowymi dejotami. Imprezę na dobre rozpoczęli na wesoło i rockowo Crazy P (koncerty na głównej zapowiadał groźny bas z offu: ten, nine, eight…). Potańczyli my i ruszyli pod namiot lewy na niesamowite show pana Dub FX. To młody beatbokser-showman, który loopami i efektami steruje za pomocą… stóp. Taki bardziej efektowny Matthew Herbert. U jego boku skakała jakaś Hinduska, która zarapowała dwa razy, zapewne ma w życiu ważniejsze tematy do ogarnięcia. Może być dumna, bo jej pan dał jedno z najlepszych show całego festiwalu. Trafia do naszego Top 5! Co ciekawe, chłopaka mogliśmy spotkać też na Przystanku Woodstock. Tu skradł nam praktycznie cały występ Zoot Woman – nie można mieć wszystkiego. Gdy na główną wchodzili już The Whip, my znów uderzyliśmy na lewo. Za deckami stał już Caspa, a za mikrofonem MC Rod Azlan. Niestety, emsi ani razu nie zająknął się, dlaczego nie dotarł Rusko (podobno spóźnił się kolejno na trzy samoloty, rzpkt!), za to non stop krzyczał: „Big up for Caspa!”. Wszyscy robili więc big up i bujali się w rytm dubstepów, a te piękne, ciężkie dwie godziny można uznać za największe wydarzenie dla tego gatunku w kraju. Top 5! Gdy wychodziliśmy, powoli kończył Hell. Legendarny już lider Gigolo Records roztańczył plażę mieszaniną electro z piaskiem. Co ciekawe, następnym i ostatnim artystą openairowym okazał się niejaki Jarek Czechowski. Brzmi znajomo? Tak, Angelo Mike widocznie przestraszył się audioriverowej publiki, która nie bawi się przy Tiësto, i zagrał pod półpseudonimem, czyli własnym imieniem i nazwiskiem. My pokręciliśmy się to tu, to tam, tak do 7.00. W końcu uśpił nas Jacek Sienkiewicz.

Noc drugą rozkręcili Jakim & The Disco. Przebojowo, ale to jeszcze nie było „to”. Skarpą zatrzęsło dopiero trio znane jako Moderat. Tańczące jarzeniówy na didżejskich ambonach (wizualne w ogóle były mocną stroną imprezy) i niesamowicie taneczne techno. Bardzo dobrze, że znów zobaczymy to przed Radiohead. Top 5! I kolejny Top! Dirtyphonics to cholernie energetyczny kwartet drum’n’basowy (plus MC) – każdy z chłopaków kręci innymi gałkami i wciska inne guziczki. Pewnie całą tę elektronikę oraz mikrofon ogarnąłby taki jeden Dub FX, ale wrażenie i tak było niesamowite. Występ przeskakaliśmy pod sceną do końca, więc musieliśmy biec na finał setu Richie’ego Hawtina. Zdania są mocno podzielone, ale sam artysta był bardzo zadowolony i via internet wyraził nadzieję, że na powrót nie będzie musiał czekać kolejnych pięciu lat. Najbardziej zaś zadowolony był James Holden, który zagrał cztery godziny i nie wpuścił na scenę Pozioma-X. Megaszac. Top 5! Cała impreza też na piątkę! [fig]

PS. Aha, i Telefon Tel Aviv też Top 5 (jako szósty)!

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza