czwartek, 17 czerwca 2010

Koncertowe monstra - Sonisphere Festival, 16 czerwca, Warszawa


Wiecie, jak jest - choćbyśmy już od dawna nie kochali Slayera czy Metalliki (choć ostatnia, niezła płyta tej drugiej przemknęła nawet przez mojego iPoda), to na Sonisphere Festival nie mogło nas zabraknąć. Powoli wkraczamy w ten wiek, kiedy obecność na koncertach dyktują nie mody czy ciekawość, a sentymenty. Tym bardziej, że niżej podpisana wybrała się na lotnisko Bemowo z licealnymi (ex)metalowymi ziomkami. Ale po kolei.

Już od dwóch dni dudniło nam przed redakcyjnym barakiem. We wtorek na lotnisku odbywały się próby, niosące się szerokim echem po okołobemowskich ogródkach działkowych, w środę zaś, wychodząc z pracy, słyszałam nawet dość dokładnie koncert Behemotha. To świadczy tylko o potężnej sile sonisphere'owego nagłośnienia, które - podobnie jak każdy inny element oprawy festiwalu - pozostawało na najwyższym poziomie.


Przyznaję, że świadomie podarowałam sobie Behemotha, Anthrax i Megadeath. Zresztą w przeciwnym razie lipcowy numer "Akti" mógłby ucierpieć. Trafiłam za to akurat na początek występu Slayera, którego fanką ani znawczynią nigdy nie byłam, ale absolutnie nie miałam się do czego przyczepić. Panowie srożyli się i łomotali jak trzeba, brzmieli przepięknie mocno i czysto, a porażający wokal Toma Arai i jego bezpretensjonalna konferansjerka (You're fucking awesome!) zjednywały sympatię nawet nieprzekonanym. Podobnie jak występująca po Slayerze Metallica, Hanneman, King i spółka nie udają młodzieniaszków, ale czuje się, że robią to, co robić kochają.


Miłość do sceny, koncertowania w ogóle i do polskiej publiczności w szczególe czuło się też na każdym kroku podczas Grande Finale, czyli ponaddwugodzinnego występu Metalliki. Zaczęło się spektakularnie, gdy czarna dotychczas ściana za plecami muzyków rozbłysła i okazało się, że jest jednym gigantycznym telebimem. Na dziki początek band zaintonował, a raczej zaatakował "Creeping Death" z drugiego (sic!) albumu "Ride the Lightning". Zaskakujące intro, zwłaszcza dla tych, którzy spodziewali się przede wszystkim utworów z ostatniego krążka "Death Magnetic". Te pojawiły się zaledwie w liczbie trzech na liczącej 18 utworów koncertowej set-liście!


To sprawiło, że występ Hetfielda, Ulricha, Hammeta i Trujillo w Warszawie był raczej koncertem życzeń, podczas którego stare (ale wcale nie przestarzałe!) przeboje lały się jak miód na serca nie najmłodszych już fanów. Panowie grali mocno, nierzadko w szybszym tempie niż to znanym z płyt, z powerem, którego się po nich nie spodziewałam.


Wygląda na to, że Metallica ostatnim albumem powróciła na słuszną drogę, która prowadzi znaną, ale wcale nie zadeptaną ścieżkę ostrych riffów, nagłych zmian tempa narzucanych przez bezlitosną perkusję i przechodzącego czasami w krzyk wokalu Hetfielda - raczej niż rockowych ballad z countrową gitarką. Pochwalamy ze wszech miar, doceniamy kunszt i wizualną oprawę (buchające ognie, fajerwerki, bajery), formę i monstrualne przedsięwzięcie, jakim jest dzisiaj Metallica. Piękny koncert, sentymentalny powrót i wielki, efektywny wysiłek organizatorów. [tekst: am, foto: Bartosz Bajerski]

PS. Jeśli ktoś mimo wszystko tęskni jeszcze za starymi dobrymi czasami, niech sobie porówna: http://www.youtube.com/watch?v=MtaxKNaEAns (Seattle, 1989) i http://www.youtube.com/watch?v=erc_QDM2TUM (Warszawa, 2010, od ok 01:30)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza