wtorek, 22 czerwca 2010

Czarodziejka Cibelle - 21 czerwca, Warszawa, Cafe Kulturalna


Wygląda trochę jak Amy Winehouse, tylko bez rock'n'rollowej stylizy. Jest niepokorna i zmysłowa niczym Peaches, ale w mniej dosłowny sposób. Jej koncerty mają trochę freakowego klimatu à la Coco Rosie, lecz są zdecydowanie weselsze. Raz śpiewa tak, że jej głos brzmi jak dzwon, kiedy indziej zbliża się do zmysłowego szeptu niczym Marilyn śpiewająca „Happy Birthday, Mr President”. Jej zespół przypomina trochę zbiór dziwaków należących do Ebony Bones, ale to nie performerzy, tylko pełnoprawni muzycy. Ten zbiór podobieństw, ale i wybijających ją na niepodległość różnic, to domena pięknej Brazylijki Cibelle. Po podobno bardzo żywiołowym koncercie w Poznaniu udaliśmy się zobaczyć autorkę „Las Venus Resort Palace Hotel” na warszawskiej ziemi. I tu, w kameralnej atmosferze Cafe Kulturalnej, na scenie przystrojonej kwiatowo-celofanowymi dekoracjami, udało jej się wykreować tropikalne, przykuwające uwagę show, przy którym biodra same kołysały się do rytmu, nóżka przytupywała do wtóru energetycznej perkusji, a oczy wodziły za śliczną, smukłą Cibelle.


To nie żadna bossa nova, tylko wciągające, elektroniczne rytmy z wyrazistymi gitarami, ale i z pewnym, trudno definiowalnym, południowym feelingiem. Skonstatowaliśmy, że choć Brazylijka świetnie wpisuje się w obowiązującą, zwłaszcza na Wyspach, dominację pięknych kobiet obdarzonych pokaźnymi głosami (Florence Welsh, Marina and the Diamonds) czy nie lada talentem scenicznym (La Roux, Paloma Faith), to jednak ma swój unikalny, forsowany już od 7 lat charakter. Z Kulturalnej wyszliśmy rozmarzeni i lekko zakochani. [tekst: am, foto: Hubert Worobiej]

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza