wtorek, 6 października 2009

Peachka w Stodole, 2 października, Warszawa



Peaches mistrz! Zakochaliśmy się ponownie, choć ostatnia rozmowa nie nastroiła nas najlepiej (znajdziecie ją tu: www.aktivist.pl/tekst/tId,699,tekst.html). Ale jednak koncertowy zwierz to koncertowy zwierz. Merrill Beth Nisker grała prawie dwie godziny, bisowała trzy razy, podświetlała sobie cipkę specjalnie skonstruowanym paskiem (nie)cnoty, namawiała do rozbierania się, występowała w coraz to nowych kostiumach, uprawiała trudną sztukę chodzenia po głowach publiczności, bawiła się laserem w takt muzyki i zaproponowała obszerny przegląd całej swojej twórczości. Wybrzmiały bowiem i hity z najnowszej płyty ("Mommy Complex", "Talk to Me"), i znów "Kick it" z podrabianym Iggy'm Popem, za którego, zgodnie z tradycją, przebrał się (a raczej rozebrał) basista Sweet Machine - koncertowych towarzyszy Peaches. Było i nieśmiertelne "Fuck the Pain Away" z debiutanckiej płyty oraz "Two Guys (For Every Girl)" z "Impeach My Bush", podczas którego wokalistce towarzyszyło dwóch półnagich dryblasów w blond perukach. W zasadzie każdy z kilkunastu kawałków zawierał swoisty "patent", będący dodatkową atrakcją dla dobrze zaznajomionej z twórczością publiczności - np. wizualizacje twarzy artystki wyświetlane na luźnych rękawach jej białej szatki podczas refrenu do kawałka "Lose You". Co więcej - wszystkie zostały zagrane maksymalnie rockowo, wręcz z punkowym brudem i wykopem. Duża w tym zasługa towarzyszącego Peaches bandu.



Szkoda tylko, że fanów nie było tylu, ilu mogłoby być - Stodoła wypełniła się maksymalnie w 2/3. Być może zaważyła cena biletów, wcale nie najtańszych jak na artystkę, która ledwie 3 miesiące wcześniej grała przed Jane's Addiction w Poznaniu. Bilety na tamten event kosztowały 95 i 150 zł za podwójny w końcu koncert. Teraz musieliśmy wydać 110 zł. Tak czy inaczej, był to show ze wszech miar godny polecenia. Następnym razem walcie w ciemno - Peaches się nie starzeje, co więcej - z biegiem czasu jest coraz bardziej szalona! [tekst: am, foto: Hubert Worobiej, Bartek Bajerski]

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza